„Fikołki” z dzieciństwa

Dodano 17 lutego 2014, w Bez kategorii, przez CZARNAfrotka

Od zarania dziejów, człowiek ma kontakt z przymusowym wykonywaniem codziennych czynności ruchowych. Pokusiłabym się o stwierdzenie „musi się ruszać’. Aby żyć, trzeba wstać z łóżka. Zejść po schodach, przygotować sobie jedzenie,zrobić zakupy  etc… No właśnie, dlaczego u wielu ludzi tylko na tym się kończy?

Nie bójcie się, nie będę Was namawiać na katorżnicze treningi na siłowni, albo próbowała zrobić z Was zawodowych graczy koszykówki czy siatkówki ;) (na step będę jednak ciągle namawiać;)). Ale… No właśnie , ale… Wiele wynosimy z okresu dzieciństwa. Ważne jakie podejście mają rodzice, w jakie towarzystwo wpadniemy. Nawet, jeśli sami rodzice nie będą przepadali za sportem i rekreacją, ważne jest, czy uświadomią Nam w postaci zachęty, bądź szansy spróbowania, wyboru, pokazania, ile jest ciekawych zajęć, które sprawiają przyjemność z koniecznością wykonania nawet tego minimalnego wysiłku fizycznego. Sądzę, że duży wkład mają też nauczyciele wychowania fizycznego. Oj, jak wiele z Was pewnie zraziło się do „głupich” przeskoków przez „kozła”, nauki przewrotu w przód (potocznie zwanych „fikołkami”, aaaa nie znoszę tego! ;)), czy też w tył, które były zdecydowanie większą traumą dla większości;). Okej, jeśli dzieciak nie jest dobry z „fikołków” może warto mu dać odkryć talent w czymś innym? Zabrać go na basen, zagrać w piłkę nożną. Pokazać to, żeby uwierzył w siebie i zrozumiał, że jeśli nie potrafi tego, czy tamtego, nie skreśla go to od bycia „mistrzem” jednej, całkiem innej dziedziny. Niestety częste błędy popełniane przez rodziców, nauczycieli, powodują, że dziecko przez jeden głupi „fikołek” zniechęca się do wszelakiego ruchu, przestaje wierzyć w swoje możliwości ruchowe…., zaczyna unikać sportu, różnych sytuacji, które zmuszają go do wykonania wysiłku fizycznego (jak tam z Waszą „zadyszką” w dobieganiu do uciekającego autobusu? ;)). Jeśli dziecko od małego jest „uzależniane” od ruchu sądzę, że prędzej czy później dotrze chociażby na fitness…;)

Oprócz korzyści zdrowotnych, psychicznych („w zdrowym ciele, zdrowy duch”), uprawianie sportu w okresie dzieciństwa, późniejszych lat pozwala nabyć wiele umiejętności, które pozwalają poruszać się już w dorosłym życiu. Sport wychowuje, uczy! I to wiele! Uczy Nas pokory, wytrwałości, pokonywania barier, walki ze słabościami… Uważam, że każdy powinien przejść taką „szkołę życia” w postaci kilkuletniego treningu jakiejś dyscypliny sportowej. Wzmacnia Nasz charakter, uczy otwartości do innych, życia w grupie. Sądzę, że tacy ludzie nie poddają się tak łatwo w późniejszych latach, czy to w sferze sportowej, czy też na innych płaszczyznach. Uświadamia Nam, że nie wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Trzeba o to powalczyć.

Wydaje mi się, że raz „zaszczepiona” miłość do sportu („ruszania się”), nie ważne już, czy to w dzieciństwie, czy w okresie pełnej dojrzałości, bądź wczesnej starości, zostaje gdzieś tam głęboko w Nas do samego końca. Jaka to radość kiedy przełamujemy swoje, powtarzam swoje (a nie „Marysi spod lustra ;)) słabości!  Zachęcajmy swoich bliskich, znajomych na wspólne aktywne spędzanie czasu.

I najważniejsze, jeśli nie zamierzacie wystartować na olimpiadzie (wiem, pisałam już o tym;)) róbcie to w granicach rozsądku, przede wszystkim z przyjemnością, nie z przymusem, niech wejdzie Wam to z czasem ” w krew”, niech stanie się nawykiem.

Jeśli, po dłuższym przesiadywaniu w fotelu z pilotem w ręce poczujecie lub usłyszycie tajemniczy głos „..chyba pora się poruszać…, „czuję się ‚zastany’ „…To wiedzcie, że wpadliście w szpony siły i mocy uzdrawiającego od zawsze-ruchu ;). Nie opierajcie mu się ;). A wyjdziecie tylko na plus.

Ja nie zamierzam się rozstawać ze sportem tak długo na ile mi zdrowie pozwoli! Kto wie, może zostanę najstarszym w Polsce instruktorem Jogi, albo przerzucę się na jazdę konną (o tak, tego też trzeba spróbować:).

Jeśli akurat przemówił do Was tajemniczy głos ;), wskakujcie w dres i na fitness marsz! W fotelu posiedzicie później!

Pamiętajcie „Zmęczcie się, aby wypocząć” :)

Wasza CzarnaFrotka

 

Spełnione i te niespełnione marzenia

Dodano 13 lutego 2014, w Bez kategorii, przez CZARNAfrotka

Olimpiada, wzruszenia, złote medale….Ach, nie mieliście kiedyś takich marzeń? :)

Pojechać na olimpiadę, przy okazji zdobyć złoty medal ;), rety! samo bycie uczestnikiem olimpiady to chyba największe marzenie sportowców! Kto kiedykolwiek, jakkolwiek, cokolwiek długo trenował, wie o czym mówię ;).

Zawsze, kiedy bacznie obserwuję poczynania sportowców, czy to na mistrzostwach świata, Europy, olimpiadzie żal w sercu ściska… Oj tak.. :(. Niestety życie płata figle i często porywa Nas na zupełnie inną ścieżkę życiową, która może okazać się nie taka zła ;)

Znów porusza mnie wspomnień czar. Tym bardziej, że będę miała przyjemność za dwa dni poprowadzić trening w postaci zajęć fitness dla moich koleżanek siatkarek (nota bene, w klubie w którym zakończyłam swoją karierę…). Powrót na stare śmieci ;). Pewnie będą zdziwione jaką metamorfozę przeszła ich dawna koleżanka ;). Z siatkarki na instruktorkę??? To tak się da? ;). Widzicie, jestem kolejnym przykładem, że jeśli się czegoś mocno chce i włoży się w to swoje „sto procent”, kocha się to, wszystko jest możliwe!

Oj życie, życie. Jeszcze cztery, pięć lat temu nie miałam pojęcia co to w ogóle jest fitness! Co to jest zwykły „step-touch”, nie wspominając o stepie…;). Dokładnie pięć i pół roku temu zrobiłam swój pierwszy krok. Pierwsze kroki stawiałam na swoim pierwszym kursie (tak, tak, przed kursem nie uczestniczyłam w zajęciach od strony klienta). I wiecie co? Wpadłam w zachwyt! Przez trzy godziny, uczyliśmy się podstawowych kroków ( brrr, wyobrażacie sobie przez trzy godziny robić tylko „step-touch”, „step-out”, „heel-back” ???), pracy z muzyką, a ja już wtedy poczułam, że to jest to co będę robić! Mimo wielu trudnych chwil, kiedy „wszyscy” wiedzieli o co chodzi, ja odstawałam w grupie (przecież nigdy nie byłam tancerką czy baletnicą!, „wbijałam „gwoździe” w parkiet! ;)), zapierałam się!, byłam w stanie zostać nawet trzy, cztery godziny pod rząd na zajęciach  z  tą samą choreografią „dance” byle, żeby ją w końcu powtórzyć (o technice nie będę wspominać…;) :D). I wiecie co? Po kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu godzinach powtórzeń, zaczynałam „łapać” tą zabawę z choreografią. Tylko, że to był dopiero początek! Jakaż byłam nieświadoma jaki trud czeka mnie z choreografią na stepie…;)

Tylko poświęcenie się w pełni, ciężka praca, wiara, hart ducha zaprowadzą Nas do wymarzonego celu! Jeśli ktoś potrafi to czemu nie ja? (tancerki ze mnie nie już zrobicie, ale chyba nie jest tak źle ;) :D).

Miałam kilka takich swoich marzeń z okresu gry siatkarskiej. Niestety pozostaną one tymi niespełnionymi. Już na zawsze. Jest to fizycznie nie możliwe. Oj zdrowie, zdrowie:(. Zawsze doceniajcie swoje zdrowie, zawsze…

„Szlachetne zdrowie..”

Chcieliście kiedyś cofnąć czas….?

Na szczęście Moja nowa miłość i pasja wciąż stawia przede mną kolejne cele,wyzwania i marzenia:). Myślę, że to dzięki nim człowiek ma niesamowitą chęć dożycia, do działania, spełniania się :)

Mimo tych niespełnionych marzeń, znalazłam w sobie chęć do zdobywania kolejnych, całkiem innych :) ;). Dobrze, że są. Sądzę, że warto mieć kilka takich niespełnionych również .Dzięki nim mamy wciąż nadzieję, która trzyma Nas przy życiu:)

Wyobraźcie sobie ile jeszcze ciekawych rzeczy odkryjecie w sobie, do ilu jesteście zdolni…Musicie tylko uwierzyć ;)

Ja z bagażem tych niespełnionych, spełnionych, i spełniających się :) marzeń, będę wprowadzać Was dzisiaj w świat choreografii. Uwierzcie w siebie a zaszalejemy na finale ;) :)

Wierząca w siłę marzeń,

Wasza CzarnaFrotka :)

 

 

Kult ciała i rekordy do pobicia

Dodano 10 lutego 2014, w Bez kategorii, przez CZARNAfrotka

Zauważyliście, że w serialach, wszyscy są wiecznie młodzi, zdrowi, piękni, uśmiechnięci, nie skarżą się na brak kasy, wygrywają w „totka”, dostają nagle spadek…etc. etc..Jakie to nieprawdziwe! Życie jest o wiele bardziej kolorowe bym powiedziała :). Raz pod górkę, raz  z górki… Tylko dzięki porażce doceniamy co straciliśmy. „Najpierw trzeba upaść, aby wstać!”, to jest życiowe! Jakże nudny byłby Nasz los gdybyśmy wszystko mieli ot tak, na wyciągnięcie ręki. Nie było by tej satysfakcji, kiedy w końcu pierwszy raz uda Wam się powtórzyć choreografię na stepie ;), na przykład :).

Wraz z serialami „science fiction” ;) życiowymi, da się zauważyć ogromne „boom” na kult ciała. Reklamy atakują Nas idealnymi osobnikami, czy to płci męskiej, czy żeńskiej. Dookoła pełno ofert konsultacji dietetycznych, zabiegów upiększających, każdy musi być „fit” i kropka. Jeżeli nie zatracimy się w tym pędzie, wyjdziemy tylko na plus. Ludzie porównują się to z tym, tamtym, z „Marysią spod lustra”….;) Ale czyż nie o to chodzi, żeby każdy był inny, nieperfekcyjny?? Nie wyobrażam sobie prowadzić zajęć z dwudziestoma tak samo perfekcyjnie wyglądającymi ćwiczącym, z takim samym błyskiem w oku (ależ było by nudno i smutno). To, że każdy z Nas jest inny, powoduje, że życie jest kolorowe! Nie dajmy się zwariować. ćwiczmy dla zdrowia, dla lepszego samopoczucia, dla przyjemności! Przede wszystkim dla zdrowia! Oczywiście jeśli przy okazji uda Nam się osiągnąć wygląd o jakim marzyliśmy, możemy być z siebie dumni :).

Nie wydaje Wam się że ludzie troszeczkę się w tym wszystkim zatracają?

Wyjście na siłownie, zajęcia fitness ma sprawiać Nam przyjemność, a nie udrękę! Korzystajmy z możliwości zadbania o swoje zdrowie, zabawy przy dobrej muzyce na zajęciach, z możliwości spotkania innych ludzi „zakręconych” na tym samym puncie co My. Oczywiście każdy ma inne ambicje… Jeśli już Waszym celem jest perfekcyjnie zbudowane ciało, a wierzcie mi takiego nie ma (no, chyba, że przy pomocy skalpela…), dążcie do celu, ale nie zapominajcie o innych wartościach, nie oceniajcie innych, którzy akurat mają inne plany co do siebie.

Mówimy oczywiście o czystej rekreacji. Wielki szacunek dla zawodowych sportowców, którzy poświęcają swoje życie na osiągnięcie wymarzonego celu (brawo Kamil Stoch!;)).

Nas na szczęście (?) nie gonią terminy zawodów, rekordy do ustalenia, My walczymy z własnymi słabościami. Mamy być dumni z tego, że to właśnie NAM się dzisiaj udało pokonać barierę słabości i zrobiliśmy więcej squatów niż zwykle, a nie to, że zrobiliśmy więcej niż koleżanka w czerwonych spodniach.

Zajęcia fitness to przede wszystkim przyjemne z pożytecznym :). Nie wyobrażacie sobie chyba, żebym chodziła  z dziennikiem i wystawiała Wam oceny. Każdy dobrze wie, czy dał dzisiaj z siebie sto procent, czy troszeczkę mniej ;).

Jeśli Waszym celem nie są najbliższe zawody w akrobatyce sportowej czy gimnastyce artystycznej , jeśli nie poddajecie się presji kultu ciała (a tak na prawdę dobrze Wam w tym ciele, które macie), a jedyna walka jaką chcecie stoczyć to ta z własnymi słabościami i przy okazji spędzić przyjemnie czas, to zapraszam na zajęcia :)

Nie bójcie się, nie chodzę z miarką na sali i nie mierzę obwodu bicepsa ;)

Ćwiczycie dzisiaj dla siebie, czy dla innych?

Ustalmy SWÓJ WŁASNY rekord!

Ja Wam w tym pomogę ;)

Wasza CzarnaFrotka

 

Sportowe uzależnienie i magiczne „nie chce mi się”

Dodano 7 lutego 2014, w Bez kategorii, przez CZARNAfrotka

Czyżby znowu piątek i kumulacja wszystkich squatów…..? No tak. Jak ten czas szybko płynie! Więc, aby nie dopadło mnie przekonanie, iż w kółko robię to samo(jak to bywa  w każdym fachu), zawsze mogę coś urozmaicić na zajęciach :), włączyć nową muzykę, wprowadzić nowy krok choreograficzny, wykorzystać nowy przyrząd na wzmacnianiu… Hulaj dusza!

W tym tygodniu znów bez dnia przerwy…Za dużo źle, za mało też…I jak tu sobie dogodzić?! Tak czy siak, ruch uzależnia :). To niesamowite (jeśli trafią się jakieś święta;)),że po pięciu dniach nie ćwiczenia zaczynam się czuć jak roślinka. Nie tylko objawy fizyczne dają o sobie znać, ale psychika też siada. Nie wyobrażam sobie już nigdy nie móc poskakać na stepie, pojeździć na rowerze, czy też popływać. Sport gościł w moim życiu od najmłodszych lat. Niestety widać tendencję spadkową u dzieciaków (zwolnień z zajęć wychowania fizycznego nie będę komentować….!)

Myślę, że jeśli nie wyniesiemy tego z dzieciństwa, to tylko odpowiednia motywacja własna, czy też innych ludzi zachęci Nas do podjęcia aktywności fizycznej.

Kiedyś lekcja wychowania fizycznego była „tą najlepszą”! Dzisiaj jest problemowa, bo przecież „się spocę”, „zniszczy mi się fryzura” albo po prostu, jakże często spotykane!, „nie chce mi się”. Niestety w dorosłym życiu chyba częściej ;).

Właśnie, „nie chcę mi się” pewnie często gości w Waszym życiu ;). Gościć musi, bo inaczej biegnąc przez życie na pełnych obrotach wykończylibyśmy się. Trzeba mieć świadomość ile razy wykorzystaliśmy do usprawiedliwienia siebie ów magicznego słowa. Każdy ma prawo mieć słabszy dzień (wyobraźcie sobie, że tak bardzo Wam się nie chce, a okazuje się, że Wasz zawód to instruktor fitness…haha ;) ). Taak! Ja też jestem człowiekiem i miewam takie momenty. Tylko ciało samo po paru dniach przerwy zaczyna domagać się ruchu.

Zawsze powtarzam, że jeśli ćwicząc rekreacyjnie, miewamy momenty znużenia, należy zrobić kilka dni przerwy. Wtedy entuzjastyczny powrót gwarantowany. Nasze uczestniczenie w zajęciach fitness ma być przyjemnością a nie udręką. Zróbmy dzień przerwy i wróćmy pełni zapału, z uśmiechem a nie z myślą „..ciekawe ile squatów Nam dzisiaj będzie kazała robić…nie chce mi się”.

Wykorzystujmy Nasze „nie chce mi się” z umiarem ;). Umiejętnie, nie oszukując samych siebie przede wszystkim! Bądźmy świadomi tego co dla Nas i Naszego zdrowia najlepsze :). Póki możemy, korzystajmy z pełnej sprawności!

Macie dzisiaj ten słabszy dzień?

Ja niestety (stety!) nie mam wyboru ;).

Zawsze czekająca na Was

CzarnaFrotka

 

Aktorem być…

Dodano 6 lutego 2014, w Bez kategorii, przez CZARNAfrotka

Zaczynając pracę instruktorską nie sądziłam, że będzie ona wymagała tylu umiejętności.

Oprócz typowego warsztatu instruktorskiego takiego jak, metodyka w tworzeniu choreografii, podstawy anatomii i fizjologi, dobór odpowiednich ćwiczeń w kształtowaniu sylwetki, tworzenie odpowiedniego szkieletu zajęć odpowiednio do ich rodzaju…,jest jeszcze kilka przydatnych umiejętności, które chyba jednak decydują w późniejszym czasie o całokształcie instruktora. Niestety tego perfekcyjnego trudno znaleźć, prawda? Tak, jak w życiu popełniamy błędy, popełniamy je będąc instruktorem… Ważne, żeby mieć świadomość tego, że się popełniło błąd i w konsekwencji nie powtarzać go!

Czasami czuję się jak aktor…Tak! Trzeba wejść na środek sali z pełnym uśmiechem, nawet jeśli humor nie dopisuje,ale tego właśnie wymaga Nasza praca! Trzeba dawać ludziom uśmiech:). Sądzę, że większość z Nas instruktorów nie ma z tym problemu;). Bywają niestety takie momenty w życiu, że ostatnią rzeczą na jaką ma się ochotę to wyjść na (tutaj nie przysłowiowy ;)) środek sali i rozdawać uśmiechy… Zwłaszcza jeśli życie prywatne, rodzinne czy samo zdrowie nie układa się najlepiej… Zastanawiam się, czy osoby ćwiczące odczuwają „tą inność” swojego instruktora, u którego dzieje się źle, a który wymusza uśmiech? Oczywiście wiemy, że życie jest pełne niespodzianek, radosnych chwil itp., także Wasz instruktor może być nie raz za bardzo pobudzony;) Myślę, że dobry obserwator wyczuje swojego instruktora ;). Ja nie raz widzę, że „Marysia spod lustra” jest nie w sosie…;). Gorzej jeśli instruktor jest „zły”…Wtedy możecie się spodziewać „apokalipsy” na zajęciach…Tak, tak, setki squatów, pompek etc. ;)

Oprócz dobrze poprowadzonej technicznie, metodycznie lekcji, ważna jest jej „oprawa”. To w jaki sposób zachęcamy do ćwiczenia, jaki mamy ton głosu, sposób radzenia sobie z psującym się sprzętem (za niedługo będę się przekwalifikowywać na elektryka, czy coś…;)), czy umiejętność nawiązania kontaktu wzrokowego z każdym z osobna, puszczenia „oczka”. Można być instruktorem”showman’em, tym spokojniejszym, tym zabawnym, albo wszystkimi na raz!

Wydaje mi się, że instruktora cechuje także otwartość na ludzi, życzliwość, cierpliwość…Trzeba mieć nie lada cierpliwość za nim dotrzemy do finałowej choreografii na stepie, czyż nie?;)

Tyle ile ludzi tyle charakterów, toteż tylu instruktorów. I to jest naprawdę fajne. Jest w czym wybierać, a wiemy, że każdy lubi coś innego:). Więc zajęcia fitness chyba nigdy nie powinny się znudzić ;)

A Wy macie dzisiaj dobry humor? Tak, czy nie warto dać upust swoim emocjom i troszeczkę poćwiczyć. Endorfiny, to jest to! :)

Niezależnie od nastroju bądźmy konsekwentni i nie rezygnujmy  ze swojego treningu! Może instruktor Wam go poprawi, albo na odwrót? ;)

Wasza CzarnaFrotka

 

 

Wspomnienia i tajemniczy „guziczek”

Dodano 5 lutego 2014, w Bez kategorii, przez CZARNAfrotka

Wczorajszy wpis wzbudził we mnie mnóstwo wspomnień z początków bycia instruktorem….Oj mnóstwo :).

Łatwo powiedzieć „Nie patrz wstecz tylko przed siebie”, kiedy wspomnienia są nie raz ukojeniem serca. Ja bym nawet powiedziała, że często motorem do działania. Nie tylko wyobrażenia celów przed sobą Nas motywują, ale właśnie to co już było…ten kogo spotkaliśmy na swej drodze. Wspominałam już nie raz, że spotkałam,ba!, ciągle spotykam i mam nadzieję, że będę spotykać na swej drodze niesamowitych ludzi.

Ludzie z pasją przyciągają, prawda?

Jeszcze w trakcie pierwszego podstawowego kursu na instruktora, kiedy nie wiedziałam do końca, czy mi się uda zakończyć go pozytywnie, wystarczyło pójść do klubu fitness, podpatrzeć energię instruktora, energię ćwiczących(!), nie raz zapał koleżanki z kursu…To naprawdę motywowało! Tylko wiecie, to naprawdę trzeba chcieć, z serca, z pasji! Palacz jeśli tak naprawdę nie będzie chciał rzucić palenia, nie uda mu się (oczywiście nie chodzi tu o pasję ;)).

Każdy początkujący instruktor pamięta ten stres pierwszego wyjścia na środek sali. Na jednym ze swoich pierwszych razów, nie wiedziałam, który „guziczek” na sprzęcie odpowiada za „ciągłość” odtwarzania płyty…I co chwilę musiałam biegać do sprzętu, i próbowałam kolejnego…i tak w kółko…:D W końcu się udało, tylko panie troszeczkę były poirytowane…Miałam ochotę zapaść się pod ziemię…

Pierwsze konwencje! Tyle emocji! I ta wiara w to, że następnego dnia na zajęciach zrobimy tą samą choreografię co ten, czy tamten prezenter… Jakaż daleka to droga była przed Nami…

Wiecie, że jeśli ktoś potrafi to dlaczego My nie? ;)

Stawiajcie sobie cele, podpatrujcie innych, wspominajcie ;), czerpcie energię od innych, a będziecie się rozwijać w swoim wymarzonym kierunku:)

Nie ukrywam, że miałam już mnóstwo momentów, kiedy wydawało mi się, że chyba wyczerpałam swoje pomysły… Miałam wrażenie, że robię na zajęciach to samo..aaaa. Wystarczyło jednak zrobić sobie jeden dzień wolnego (?) i następnego dnia popłynąć z pomysłami (jak będziecie miały wrażenie, że ciągle robimy dwa „basic” i „trzy kolana” dajcie mi znać…;))

W zawodzie instruktora fajne jest to, że niby codziennie ten sam rodzaj zajęć, ten sam klub, ale to MY zawsze możemy coś zmienić! Dodać jeden obrót więcej, czy uśmiech:) A może pojawi się ktoś nowy? Może „Marysia” zmieni swoje ulubione miejsce na sali (Wy też znacie na pamięć, kto gdzie stoi?), ależ to się rzuca w oczy ;). I już będzie inaczej niż zwykle.

Będę zawsze starać się dodać z dwa uśmiechy więcej, ale miejsca raczej nie zmienię…Chyba, że….Wiecie coś o tym?;);)

Powspominajcie sobie czasem jak to było z pierwszym wejściem na salę…Czy jako ćwiczący , czy prowadzący. Może zauważycie zmiany? ;) i poprawicie sobie humor:)

Liczę na Wasze uśmiechy! Zawsze!

Wasza CzarnaFrotka

 

Ten pierwszy krok…

Dodano 4 lutego 2014, w Bez kategorii, przez CZARNAfrotka

„Najtrudniejszy pierwszy krok, potem łatwo mija rok…” śpiewała Anna Jantar.

Można by powiedzieć, że wychowałam się na jej piosenkach;). Moja Kochana mama odkąd pamiętam, nuciła (ba! nuci!) jej piosenki…Czy to pod prysznicem, gotując, krzątając się tu i ówdzie, wiecie, jak to mama ;)

Jak tak sobie przypomnę te niezliczone „razy” tych pierwszych swoich kroków, w różnych kierunkach, czy to jak zaczynałam pracę instruktorską, czy pierwszy swój trening (o rety, jak to dawno…:(, starzeje się nie ma co! ;) :D), to aż mi ciarki przechodzą, że jeszcze wtedy nie wiedziałam ile trudnych chwil przede mną…brrr, jak dobrze, że te niektóre, zwłaszcza niemiłe już za mną. Do niektórych za to chętnie bym wróciła.

Żyjąc w środowisku sportowym można poznać wiele fantastycznych ludzi. Oj tak. Moi drodzy, może niektórych z Was już nigdy nie spotkam?…:(

Pamiętam „jak na dłoni” swoje pierwsze zajęcia (ten stres!!), które nota bene prowadziłam już tuż przed swoim pierwszym egzaminem na instruktora (ile tego potem było, łohoho;),a właścicielka tegoż przytulnego, miłego klubu dała mi kredyt zaufania…Bardzo jej za to dziękuję! Wiemy przecież jak niechętnie się „wpuszcza” tych początkujących. Wiemy, że najtrudniejsze są początki. Jak tak porównam swoje pierwsze zajęcia do obecnych….Niebo a ziemia! Tylko czas,chęci nieustannego dokształcania się, wiara w siebie, i te setki (jak nie miliardy;)) poprowadzonych godzin ukształtowało mnie do chwili obecnej. Umiejętność przyjmowania krytyki (jeśli potrafimy ją przyjąć i nie osiadamy na laurach!) procentuje, trzeba mieć w sobie tylko troszeczkę pokory ;)

Uważam, że do bycia perfekcyjnym instruktorem jeszcze WIELE!!, oj wiele mi brakuje.To napędza mnie do coraz to nowych wyzwań, kształcenia się, stawiania wyżej poprzeczki(ale przecież to Moja pasja, więc to sama przyjemność;))

Dajmy czas temu, aby stać się lepszym! Czy już pisałam o słomianym zapale…? Słomiany zapał w połączeniu  z brakiem pokory….hmm..no cóż.

Zaczynając, nie mogłam się doczekać tych pierwszych zajęć poprowadzonych (nie śmiejcie się :p) z mikrofonem. Tak! To było to! Fakt, nie każdy do tej pory klub posiada taki sprzęt, ale to było coś;). Teraz to już nie ma znaczenia, czy bez, czy z, i tak doskonale się rozumiemy, prawda;)? Aż się łezka  w oku kręci jak tak sobie powspominam. A ile jeszcze tych „pierwszych razów” przede mną w życiu…Będę pisać i pisać(nie, nie, to nie słomiany zapał! :)).

I tak minęły cztery lata na sali. Ile przede mną? Zobaczymy:)

Jak będziecie się kiedyś czymś stresować zanućcie sobie Annę Jantar, pomaga ;)

A może ktoś dzisiaj ma zamiar zrobić ten pierwszy krok i wybrać się na fitness? Trzymam kciuki!

Udanego tego pierwszego!

Ps. Wiecie, że nie ma szans, żebym cokolwiek Wam kiedyś zaśpiewała, zanuciła? ;D Zresztą nie chcielibyście;);):p

 

Wasza CzarnaFrotka

 

Odwieczny problem zacinającej się płyty…

Dodano 3 lutego 2014, w Bez kategorii, przez CZARNAfrotka

„Znajdź pracę, którą kochasz, a nigdy nie będziesz musiał pracować”

Czy rzeczywiście tak jest? ;)

Jesteśmy tylko ludźmi i niestety bardzo łatwo przyzwyczajamy się do wszystkiego. Wszelakie dobra „znudzą” Nam się po czasie i docenimy je dopiero jak stracimy. Tak jest. Doceniamy dopiero po stracie. Dlatego, gdy rok temu kontuzja (kolejna…) uniemożliwiła mi szybki powrót do pracy, stwierdziłam, że było naprawdę tak jak chcę…To jest to co kocham robić i na tyle ile zdrowie mi pozwoli, będę instruktorem!

Pewnie jesteście ciekawi jak to jest być instruktorem na „cały etat”? Kto tak pracuje ten wie (tak, tak, ciągle spięte włosy, torba i te sprawy…;)). No cóż, Mój wybór. Niby Mój, ale wiemy, że życie samo podsuwa Nam przeróżne możliwości , które akurat stają Nam na drodze, akurat wtedy, gdy pojawia się ktoś, a ten ktoś przedstawia Nam kogoś itd…Gdyby nie ten ktoś, coś, gdybym nie wyszła po gazetę do kiosku…I znowu „gdybamy”. Nie. Stop. Nie w tym kierunku miało być.

Ciągle słyszę, „super się masz , ćwiczysz i jeszcze Ci za to płacą”, albo, „robisz to co lubisz..” etc. Najlepszy komentarz: „Ty to się masz fajnie, codziennie jakbyś była na imprezie”, haha, coś w tym jest, ale to, że za niedługo Moi sąsiedzi będą razem ze mną musieli „słuchać” zza ściany wiadomości to już inna sprawa…:D

Nie ukrywam, jeżeli lubi się ruch, sport, muzykę, kontakt z ludźmi-strzał w dziesiątkę! Ja strzeliłam:). Oczywiście oprócz nieustannie pracującej pralki, ciągłych „zakwasów” ( z pośladków już zniknęły ;)), poruszania swojej kreatywności (dzisiaj z obrotami, czy bez?;)), zużywających się na tony dezodorantów (chyba będę zamawiać hurtowo :D), inwestowania zarobionych pieniędzy w szkolenia, warsztaty, konwencje, zużywające się ciuchy, ciągłe przemęczenie a wieczorem możliwy kontakt tylko przez „dotknięcie patykiem” to jest naprawdę super! Serio. No może jeszcze oprócz tego jak na finale stepowej choreografii płyta się zatnie…Ależ to irytuje!

Jest to niestety praca na jakiś czas. Raczej w wieku sześćdziesięciu lat nie poprowadzę interwału;). Jeśli chce się mieć kontakt z zawodem można w takiej sytuacji zacząć uczestniczyć w zajęciach od tej „drugiej strony”, lub przekwalifikowywać się w odpowiednim czasie na zajęcia mentalne, ale wiadomo, nie będzie to już „zawodowa” praca, tylko dodatkowa, dla przyjemności, z pasji! Ja Wam nie odpuszczę! Mam zamiar jeszcze trochę „powyginać” Wasze wnuki! A co! (no, może przesadziłam:D)

Jakbym miała napisać w skrócie, plus-WASZE UŚMIECHY I ZADOWOLENIE, minus-WIECZNA „OBOLAŁOŚĆ” (zwłaszcza rano, czuję się jakbym dzień wcześniej kopała w ogródku… )

Nie raz będę wspominać o różnych plusach, czy minusach zawodu.

Jak na razie daję radę, i na tyle ile mi Moje Kochane kolano (nie przeżyłabym kolejnego razu:(…) pozwoli, będę Was torturować!

Przygotujcie się dzisiaj na obroty! No co, przynajmniej jeden musi być ;)

Nie męczcie sąsiadów zza ściany, zbierajcie się i szykujcie na „pląsy” przy (oby!) niezacinającej się muzyce!

Ps. Czasami czuję się jak D’J :D.

:)

Wasza CzarnaFrotka

 

 

 

 

Co z tą choreografią?…

Dodano 2 lutego 2014, w Bez kategorii, przez CZARNAfrotka

Choreografia. Brzmi strasznie? Tylko brzmi. Moi drodzy, instruktorki, ćwiczący, pląsający się ;), zauważyliście spadek ilości zajęć choreograficznych na grafikach??? Niestety:(. Nie rozumiem. Dlaczego? Ok, zajęcia fitness to także squaty, wypady, pompki, interwały, tabaty i inne tam, oK! :) Też to lubię. Nie zapominajmy jednak, że zajęcia FITNESS to przede wszystkim rozgrzewka przy muzyce, rozgrzewka z choreografią! Jeśli ktoś tego nie lubi, to ja się pytam-dlaczego w ogóle zapisał się na zajęcia fitness!?:(  Założeniem fitnessu od zarania dziejów (pamiętacie Jane Fonda’e? :D) jest właśnie „zmęczenie się” prostymi układami na podłodze bądź stepie przy muzyce. Przyjemne z pożytecznym-spalam, a przy okazji dobrze się bawię :). Nie chodzi mi o to, żeby męczyć się, np. na zwykłym body shape, skomplikowanymi układami, ale o to, żeby zachęcić do takich zajęć jak DANCE, STEP CHOREOGRAFIA :). Całogodzinny trening to mnóstwo spalonych kalorii i świetna zabawa. No okej, potem możemy pojechać z koksem i nadrobić „rzeźbę” na tbc ;).

Widzę też, że ktoś przychodzi pierwszy raz np. na step choreografię, i chciałby od razu „śmigać” jak reszta sali, nie nie, niestety nie wszytko od razu! „YOU DON’T HAVE TO BE GREAT TO START, BUT YOU HAVE TO START TO BE GRAEAT! „, ot co! Myślicie, że Usain Bolt urodził się mistrzem świata???

„Słomiany zapał”..to takie częste :(

Spróbujcie raz, dwa, trzeci, a kolejne będą łatwiejsze:), zobaczycie jaką przyjemność można czerpać z takich zajęć:) Wszystko powolutku. Na początku może być ciężko, ale nie zrażajcie się! Uwierzcie w siebie!

Pamiętajcie, decydując się na zajęcia fitness, decydujecie się nie tylko na ćwiczenia na różne partie ciała, ale też na nieodłączną choreografię:)

Nie wyobrażam sobie, żeby na grafikach za parę lat były same , tbc, body shape, tabaty itp….aaaaa Gdzie się podział fitness?????? :(

Smutno mi z tego powodu:(

Oczywiście liczę się z tym, że nie każdy może to po prostu lubić. No ok. Ale apeluję do tych, którzy chcą, a poddają się już po pierwszych zajęciach! Wytrwałości!!!! :)

Ćwiczący, instruktorzy a jakie są Wasze odczucia?

Lubicie oprócz intensywnego tbc, czasami popląsać się na stepie bądź dance?

Nie zmuszam, ale zachęcam! :)

„Podensimy” czy nie? ;)

Wasza Czarna Frotka